12 lipca 2005

# 126

Padam na pysk. Padam na pysk z poślizgiem, jadąc nim dobrych parę metrów po betonie. I to nie pofestiwalowo padam, a pobiurowo kurważeszmać i to matka mi w prezencie to zmęczenie i nerwicę sprezentowała. Zamiast tu opisywać każdy orgazm, doznany podczas wszystkich koncertów, to będę smęcić. No i już, będę.

Pobudka o 6, w biurze od 8 do 16, potem kurs przez rozpieprzone na wszystkie strony miasto - dokąd? Do drugiego biura! Takie jaja! Dr Irena Eris zrobiła mi siurpryzę w postaci pracy charytatywnej - zastępuję ją podczas jej urlopu, który spędza bajecznie w szpitalu na operacji haluksa. Wiem, że jestem ostatnią suką, że zamiast matce współczuć, to jeszcze ją z błotem mieszam, ale tego już za wiele. Postawić kogoś przed faktem dokonanym - to już nawet chamstwo nie jest. Koniec końców, spędzam w drugim biurze czas od 17 do 20, więc od tych papierów i siedzenia cały dzień w czterech ścianach, w głowie mam tak nasrane, że pod wieczór dostaję ataków histerii, nerwowego płaczu i nerwobóli żołądka, także wakacje, że pozazdrościć. I tak na przykład z Żużem widziałam się na basenie, na który pojechaliśmy raz dwa dziesięć w pośpiechu, po obiedzie, który zjadłam po 20. I widziałam go, jak się mijaliśmy na torze, także można to uznać za randkę stulecia...

Nie mam słów. Jestem zdołowana, załamana, znerwicowana, wiecznie zmęczona i rzygać mi się chce od tej papierologii.

A te cztery dni w Gdyni dały mi taki przedsmak wolności - takiej w głowie wolności, kiedy nie słyszę, jak mi się kółka obracają zębate, tylko spokój, żadnych telefonów, żadnych paranoicznych myśli czy pismo superważne wyszło, czy faktura dobra czy zła i czy świat przez to pierdolnie i wszyscy sobie gardłą poderżniemy, że cena netto nie taka, bo upust za mały i że faks nie przeszedł. Ale cztery dni mają to do siebie, że nie trwają tydzień, tylko kurwamaćwdupejapierdole!!!!! - cztery dni. I że jak tylko się poczułam fajnie, to musieliśmy wracać.

Bo gdybym nie miała matki, takiej jak mam, z haluksem, co go wyciąć musiała kosztem mojej równowagi psychicznej, to bym zaczęła od tego pisać, że w Gdyni było wspaniale. Że godzina na plaży - kto by pomyślał - zaowocowała wspaniałą opalenizną i że moja próżność połechtana jest, bo my samice lubimy, jak się nam nasze odbicia w lustrach i szybach wystawowych podobają. I jeszcze bym napisała, że każda złotówka, jaką wydałam tam, a było tego od cholery jak na cztery dni, była warta usłyszenia Insomni na żywo, stania tak blisko i tego ciepłego uczucia, kiedy ogarnia błogostan i jednocześnie taka energia, której żadna kawa nie jest w stanie spowodować.

Snoop Dogg z całym swoim pi-aj-em-pi style jest jeszcze bardziej komiczny i żałosny niż w teledyskach i dał radę dopiero, kiedy zaczął zapodawać some oldschool gangsta shit, ale na koniec te kilkunastominutowe hymny pochwalne na własną część już doszczętnie spierniczyły cały gangsta i został tylko shit. Potem Faithless genialni, Maxi Jazz zachwycony nami a my nim, i pocieszny Fatboy, niby dorosły facet, a jak dziecko - pokrętełka, jakieś winyle i bawi się na całego, a z nim kilkanaście (kilkadziesiąt) tysięcy ludzi przy okazji, wspaniale.
Laryn zawiodła, czekaliśmy na "królową" no i faktycznie, doczekaliśmy się zachowania gwiazdeczki zmanierowanej. Brawa brawami, hity hitami, ale niesmak pozostał. Underworld - niestety nie dotrwaliśmy, ale White Stripes... Żałowałam, że nie ma tam ze mną mojej Aguli, żebyśmy przy Seven Nation Army mogły drzeć się razem, może moje liche nagranie z telefonu jej to zrekompensuje.
Urlop na początku sierpnia. Żeby tylko dotrwać, nie wybuchnąć, nie kupić gnata i nie zacząć strzelać do ludzi, bo jestem blisko załamania nerwowego.

Brak komentarzy: